REKLAMA
PARTNER PORTALU
×

Szukaj w serwisie

Artysta, wynalazca i mistrz szermierki

  • Autor: Anna Liszka / Propertydesign.pl
  • 23 maj 2018 09:00
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
fot. mat. Martin Nielaba
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki
Artysta, wynalazca i mistrz szermierki

Jest artystą malarzem i wynalazcą, a także mistrzem szermierki. Zamienia przedmioty użytkowe w dzieła sztuki. Ostatnio stworzył własną kolekcję unikatowych torebek-dzieł sztuki, które prezentują oryginały jego obrazów. Rozmawiamy z Martinem Nielabą.

REKLAMA

Tworzy pan naprawdę niezwykłe projekty. Co ciekawe, pana obrazy i instalacje można nie tylko oglądać, ale również dotykać, a oryginały prac wystawiane są zarówno we wnętrzach budynków, jak i na zewnątrz niezależnie od warunków pogodowych. Ale zacznijmy od początku, bo miał pan zostać trenerem szermierki, ale jak to czasem bywa... życie potoczyło się innym torem. Skąd pomysł na to, aby zostać artystą? Czy od początku „męczyła” pana pasja? Czy stopniowo ją pan odkrywał? A może od małego lubił malować?

Szermierka lub sztuka szermierki to atmosfera w jakiej wyrastałem, bo mój ojciec to trzykrotny olimpijczyk w tej dziedzinie sportu. Od 9 roku życia trenowałem szermierkę regularnie na AWF Warszawa. Moi rodzice zadbali o szeroki wachlarz możliwości rozwijania zdolności i talentu, jeżeli taki się posiadało. Wówczas bardzo interesowałem się fotografią, a malarstwo lub malowanie w okresie szkolnym nie robiło na mnie większego wrażenia, oprócz fascynacji pracami surrealistów. Każdy kontakt z przedstawianym przez nich światem ukazywał mi jego inny wymiar, który bardzo głęboko przeżywałem.

Od młodości interesowałem się też środowiskiem naturalnym i herpetologią. Wsłuchanie się w naturę i przeniesienie jej na kadr zapisu fotograficznego było dla mnie niebywale ciekawym i inspirującym doświadczeniem. Swoją drogę artystyczną wybrałem dopiero po wyjeździe do Niemiec, gdzie trenowałem szermierkę w światowej sławy centrum w Tauberbishofsheim. Tam zacząłem malować obrazy, a wówczas najbardziej odpowiadała mi technika malowania aerografem. Dawała ona obraz zbliżony do fotografii, a w tamtych czasach bardzo często tworzono tak prace np. dla reklam produktów. Podjąłem współpracę z różnymi firmami tworząc na ich zamówienie plakaty reklamowe czy też dokonując retuszy fotograficznych. Wtedy dokonałem wyboru pomiędzy sztuką a sportem.

Jak obecnie tworzy pan swoje dzieła? Mam wrażenie, że cały proces powstawania prac jest bardzo czasochłonny...

Maluję w zasadzie wyłącznie olejami artystycznymi. Przeszedłem wszystkie techniki malarskie, ale to mi nie wystarczyło. Dlatego też stworzyłem własną, bazującą na olejach, lecz sposób nakładania farby, tworzenie narzędzi i praca nad formą wpisane są już w mój autorski styl, który wypracowywałem przez wiele lat. Połączenie mojego malarstwa z procesem budowania, czy jak nazywam go „narzeźbiania” żywicznej powłoki lakierowej na morfologię malunku, sprawia, że technika ta jest unikatowa i nie znam żadnego innego artysty na świecie, który w taki sposób tworzyłby swoje prace. Powłoka ta oczywiście nie jest tylko technicznym aspektem charakterystycznym dla moich prac, bo dla mnie jest ona moją definicją sztuki. Jest jak szklana powierzchnia pokrywająca dzieło. To mój wyraz całkowitego uproszczenia formy, do której dążyłem. To pustka, w której wtórnie rozwijają się struktury, a transparentność i odbicie tej powłoki daje odbiorcy możliwość wglądu w żywy proces ruchu.

Dobrze pani zauważyła, że proces powstawania moich prac jest niebywale pracochłonny. Tworzenie malunku, a potem nakładanie na niego ręcznie wielu warstw mojej mieszaniny, włączając w to procesy szlifowania i polerowania, to działania bardzo skomplikowane i trwające miesiącami, a jeden błąd może doprowadzić do zniszczenia całego dzieła.

Jest pan wynalazcą, bowiem wspomniana żywiczna powłoka lakierowa i technika jej aplikacji to pana wynalazek i wyjątkowe dzieło. Jak to się stało, że zdecydował się pan pokrywać swoje prace tą powłoką?

Wszystko w mojej pracy łączy się w łańcuszek zdarzeń, które jeśli dobrze je prześledzić mają swoje klarowne odniesienie do działań i wyobraźni, której używam do pokonywania trudności. To rodzi wynalazczość. Moja żywiczna powłoka lakierowa jest długim procesem prób i badań, a także problemów na jakie musiałem znaleźć rozwiązanie, ale co ciekawe wynikała z mojej potrzeby najwyższej estetyki i ograniczających mnie możliwości technicznych.

Na jednej z moich wystaw w Szwajcarii w 1990 r. jako młody artysta pokazałem, że masowa konsumpcja i wyrzucanie do śmieci obiektów, które kiedyś były piękne, a wraz z upływem czasu stały się nikomu nieprzydatne, to całkowity brak wyobraźni i dbałości o nasze naturalne środowisko. Na tej wystawie odwiedzający zobaczyli jak można zamienić stary, zniszczony obiekt np. mebel i nadać mu nowe piękno, a wręcz stworzyć z niego dzieło sztuki. Wówczas wykorzystałem wynalezioną przeze mnie mieszaninę do pokrycia obrazów, które stworzyłem na powierzchniach różnych obiektów. Szczególne zdziwienie od strony technicznej wzbudzało skórzane siedzisko krzesełka, na którym mój malunek pokryłem tą mieszaniną, która dzięki mojej technice aplikacji stała się elastyczną powłoką całkowicie dostosowaną do potrzeb normalnej funkcji tego obiektu. Potem poszedłem do szwajcarskiego rzecznika patentowego i tam okazało się, że potrafię zastosować mój wynalazek w wielu różnych innych obszarach i tak przeniosłem go na kamień, drewno, metale i rożne tworzywa. To był moment, kiedy już nie tylko jako malarz, ale i wynalazca kontynuowałem swoje działania.

Jak wygląda przykładowy dzień w pracowni. Ile czasu w niej pan spędza? Czy lubi pan sam pracować, w ciszy? A może niekoniecznie?

Tak zawsze muszę być sam. Nierzadko pracuję w ciszy, ale muzykę kocham i wpływa na mnie bardzo inspirująco, więc jeśli przy niej tworzę, to puszczam ją już bardzo głośno. Mój proces pracy zmienił się wraz z narastająca rutyną, w dobrym tego słowa znaczeniu. Dziś czuje nieprzerwanie co chce pokazać, a moje autorskie narzędzia i technika pozwalają mi to osiągnąć znacznie szybciej aniżeli na początku mojej twórczości. Czas zanika w pracowni, potrafię pracować w kilkunastogodzinnych cyklach lub też pewne procesy twórcze rozkładam na tygodnie czy miesiące. Mam rodzinę i małą córeczkę, a to oznacza, że swój czas chcę i muszę umiejętnie dzielić pomiędzy pracownią a domem.

Wspomniał pan, że muzyka działa na pana inspirująco. Co jeszcze jest szczególnym źródłem inspiracji?

Otwarta przestrzeń. Ona łączy się z moją wyobraźnią, a tu widzę wszystko. Widzę formy, które się przenikają na takim poziomie dynamiki, że abstrakcja nie jest już dla mnie tworem wyimaginowanym, lecz znajduje swoje odzwierciedlenie w każdym ruchu ręki. Subtelne światy barw w różnorodnych wibracjach, w efekcie czego mamy materię sztuki.

W latach 90. zastosował pan swój wynalazek we własnej autorskiej limitowanej edycji skórzanych torebek damskich, jeszcze będąc w Szwajcarii. Teraz powrócił pan z kolejną wyjątkową kolekcją torebek - dzieł sztuki....

Obecną kolekcję zatytułowałem „Elements”, czyli „Żywioły”. To seria moich abstrakcyjnych obrazów olejnych „obramowanych” formą damskiej torebki, która dzięki temu staje się ich ruchomą wystawą. Kolekcja ta jest całkowicie spójna z moim programem umożliwienia odbiorcy doświadczania malarstwa w różnych formach i na różnych poziomach. Każda torebka to unikat prezentujący oryginał innego obrazu i nie może być powtórzona. W ramach tej kolekcji maluję swoje prace na skórze i w jak w przypadku innych prac pokrywam je paroma warstwami żywicznej mieszaniny lakierowej.

To prawda, że nad tym projektem pracował pan wspólnie z żoną?

Projekt samej torby, która miała być odpowiednia dla moich dzieł, stworzyłem wspólnie z moją żoną Magdaleną Puchalska-Nielaba, która opracowywała i „testowała” jej każdy szczegół, łącznie z bardzo nietypowym zamontowaniem rączki po dwóch przeciwległych stronach torby. Rączka ta jest symbolem łączącym modę ze sztuką, a jednocześnie nie ogranicza funkcjonalności obiektu. Same torebki wykonane są z najwyższej jakości skór, a ich proces szycia jest wykonywany ręcznie przez polską rodzinną firmę, która ma w tym obszarze ponad 30-letnie doświadczenie. Kolorystyka każdej torby dobierana jest indywidualnie, tak aby była spójna z eksponowanym na niej obrazem. Jest to kolekcja limitowana i w późniejszym czasie planuję stworzyć katalog artystyczny prezentujący jej całość oraz koncepcję tej ruchomej ekspozycji.

Czy jest jakaś marka, z którą wszedłby pan śmiało i z ochotą w kooperację np. w przypadku torebek? Czy może ceni pan pracę we własnej pracowni, bez wytycznych "korporacji"?

W ramach swoich różnych projektów współpracowałem już z międzynarodowymi firmami. Jestem otwarty na kooperację, ale z pewnością musiałaby to być marka, która ceni sztukę i chce sprzedawać swoim klientom unikatowe obiekty.

Wyzwaniem jest tu nie sama torebka jako produkt, lecz jak znaleźć złoty środek połączenia sztuki w odniesieniu do funkcji jaką niesie w sobie torba damska, tak by żadna z nich się nie zaburzała.

Dziś firmy produkują torby, na których stosują powtarzalne techniki nadruków np. kopii obrazów różnych artystów, ale są to produkty seryjne, powtarzalne i wiele osób może mieć taką samą torbę. Za „Żywiołami” stoi historia mojej ponad 30-letniej pracy artystycznej, ekspozycji i działań, z których ta kolekcja wynika. To niepowtarzalne oryginały dzieł malarskich, a każda z toreb prezentuje inny obraz, tak więc z pewnością żadna osoba na świecie nie będzie miała takiej samej.

W zeszłym roku powrócił pan też do swojego projektu przywracania do życia starych, zużytych mebli, tworząc z nich unikatowe dzieła sztuki i zachowując jednocześnie ich pierwotną funkcję. Czy pan ma swój ulubiony obiekt?

Tu zaszła istotna zmiana na świecie, który również zaczął dostrzegać potrzebę przywracania piękna, a nie niszczenia. Jeśli chodzi o moje obiekty, to często widzę, że niektóre osoby, które się z nimi stykają ma problem ze zrozumieniem, że są to takie same dzieła sztuki jak moje obrazy, które w klasyczny sposób eksponowane są na ścianach. W szczególności jak widzą skórzane krzesła, na których znajdują się oryginały moich obrazów olejnych i jeszcze można je dotykać i na nich siadać, czyli odwrotnie aniżeli w muzeum czy galerii.

Nie wiedzą co o tym myśleć - czy to obraz czy krzesło?

Tak i do jakiej kategorii go zaliczyć. Taka jest natura ludzka, że musi mieć szufladki, do których włoży swoje myśli, a przecież w tym przypadku nie ma tu żadnej różnicy. Są to dzieła sztuki i do tego funkcjonalne. Co ciekawe w przypadku niektórych moich obiektów np. blat stołu, na którym stworzyłem obraz może być on raz zawieszony w tradycyjny sposób na ścianie, a innym razem być integralną częścią stołu, przy którym zasiądzie rodzina. To część mojego programu zamykania dzieł sztuki w innej formie aniżeli tradycyjna rama i umożliwienia odbiorcy doświadczania tych prac na wielu poziomach. Każdy obiekt jest dla mnie ważny, bo każdemu oddaję część siebie i swojej twórczości.

Zakres pana działania artystycznego jest bardzo szeroki, a jednym z jego elementów są ekspozycje oryginałów pana prac w otwartych przestrzeniach publicznych. W jesienią zeszłego roku w Katowicach na głównym rynku zostały wystawione pana wielkoformatowe obrazy, który przechodnie mogli oglądać i także dotykać. Niestety jeden z obrazów został zniszczony przez pijanego 19-latka. Czy myśli pan, że polskie społeczeństwo jest gotowe na taki kontakt ze sztuką?

W większości metropolii światowych bardzo dba się o połączenie architektury miasta ze sztuką. W tym celu tworzone są dzieła na zamówienie, które na stałe wpisują się w tkankę miejską. Rzeźby czy murale są częstym elementem życia również polskich miast. Wystawa moich oryginałów obrazów wprost na ulicy z pewnością jest niespotykanym wydarzeniem w obszarze wystawiennictwa malarstwa i daje jeszcze inne możliwości jego eksplorowania. To był dla mnie ogromny szok, kiedy dowiedziałem się o zniszczeniu. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z jakimkolwiek przejawem agresji w stosunku do moich prac, a wręcz przeciwnie, odbiorcy byli bardzo zachwyceni taką formą ekspozycji i możliwością doświadczania mojego malarstwa. Pozwalam na dotykanie moich dzieł, ale nie pozwalam na uderzanie w nie z całej siły, a tak niestety zrobił ten młody człowiek.

W jaki sposób można takim zdarzeniom zaradzić "na przyszłość"?

Myślę, że najważniejsza jest edukacja dzieci i młodzieży. Stałe uczenie ich szacunku do drugiego człowieka, kultury i sztuki, a przez to rozwijania ich wrażliwości. Dzieło sztuki nie musi się każdemu podobać i mamy prawo do własnej opinii czy odczucia z nim związanego, ale nikt nie ma prawa go niszczyć. Niestety w Polsce mamy w tym obszarze jeszcze bardzo dużo do odrobienia.

Czy zatem zobaczymy jeszcze dzieła Nielaby w plenerze?

Z pewnością nie zaprzestanę dalszych ekspozycji zewnętrznych i tym bardziej chcę, aby „Żywioły” w swoich ramach w postaci damskich torebek wibrowały w przestrzeni publicznej, a dzięki temu poruszały wyobraźnię i uwrażliwiały na sztukę.

Podobał się artykuł? Podziel się!


Rekomendowane dla Ciebie