Krystian Kowalski: Postawa "design-zombi" do niczego nie prowadzi



Anna Liszka, PropertyDesign.pl - 19-10-2016 09:50


Postawił na własne biuro. I nigdy tego nie żałował - dziś projektuje dla wiodących producentów mebli w kraju i za granicą. Jednocześnie podkreśla, że postawa „design-zombi” - człowieka, który jest sfokusowany tylko na bycie designerem - do niczego nie prowadzi. Rozmawiamy z Krystianem Kowalskim.

Studiował pan w Warszawie i Londynie. Zdobywał doświadczenie w pracowniach polskich i zagranicznych. Jednak wybrał pan stolicę i własne biuro. Jak to się zaczęło?

Wszystko zaczęło się od studiów na warszawskiej ASP. W ramach nauki wyjechałem na rok do Mediolanu. Wiedziałem, że same studia nie wystarczą, najważniejsza jest praktyka. Pukałem do drzwi mediolańskich pracowni i tak trafiłem do Bellini Studio. Tam zdobyłem cenne doświadczenie. Dostałem propozycję zatrudnienia, ale zbiegło się to z obroną pracy magisterskiej na warszawskiej ASP. Postanowiłem wrócić do kraju, aby zakończyć studia. Po obronie sprawy szybko się potoczyły. Mój dyplom (kolekcja mebli Trim) był jednocześnie pierwszym wdrożeniem. Epizody praktyk - czy to w warszawskich czy łódzkich pracowniach - dały mi obraz tego, jak wygląda praca w Polsce. Później pojawił się Londyn, gdzie ukończyłem projektowanie produktu w Royal College of Art. To były kroki, których nie planowałem, ale przychodziły same, wraz z szukaniem możliwości rozwoju.

W latach 2009-2013 współtworzyłem Kompott Studio z Mają Ganszyniec i Pawłem Jasiewiczem. Warszawa na stałe pojawiła się w moim życiu po 2010 r., kiedy po pobycie w Londynie stwierdziłem, że polski design ma potencjał. Warszawa i Polska wydawały mi się atrakcyjne, choć nie był to potencjał zdefiniowany. W tamtym czasie założenie pracowni było ryzykowne, ponieważ przykładów współpracy producentów z designerami nie było wiele.

Stąd pomysł, aby wspólnie założyć studio?

Z Mają i Pawłem znaliśmy się ze studiów i to nawet bardziej z naszych doświadczeń zagranicznych niż polskich. Było w nas przekonanie, że mamy do powiedzenia coś innego niż wszyscy. Więcej w tym było entuzjazmu, niż zdrowego rozsądku i planowania.

Nasz wyjściowy plan był taki: razem będziemy działać sprawniej i staniemy się bardziej widoczni. Założyliśmy, że suma naszych projektów i ich potencjału będzie większa. To było proste założenie, które się sprawdziło. W pojedynkę byśmy tego nie osiągnęli. To była podstawa tego, aby utrzymać się w zawodzie. W tym czasie trudno było nawet znaleźć pracę u kogoś…. najwyżej w szeroko pojętej branży kreatywnej. I tak naprawdę poszło nam… łatwo. W pierwszych latach mieliśmy duże zainteresowanie mediów i ogólnie tzw. środowisk kulturotwórczych. Dzięki temu zaczęli nas dostrzegać producenci, choć początkowo podchodzili do nas nieufnie. Cały czas szukaliśmy wdrożeń, a nawet robiliśmy projekty na własną rękę, o których zaczęło się robić głośno. To wtedy zaczęto zauważać polski design.

Sporym sukcesem okazała się współpraca z IKEĄ. Jak do niej doszło?

IKEA sama się do nas odezwała. Zaprosili nas na workshop, którego celem było stworzenie nowej kolekcji. To było dla nas niesamowite wyróżnienie, ale sami do końca nie wiedzieliśmy, jak będzie to wszystko wyglądać. Okazało się, że zaproszono nas do kolekcji PS i wspólnie zaprojektowaliśmy kilka rzeczy. Sam proces był rozłożony w czasie. To specyfika kolekcji PS. Ideą była ko-kreacja, czyli współpraca zarówno z różnymi projektantami IKEA, jak i zewnętrznymi, taka aby się mieszały pomysły i następowała wymiana myśli. Oczywiście ten finalny projekt był już indywidualny.

Potem była praca na odległość, co jest typowe dla pracy dzisiejszych projektantów. Rozmowy techniczne odbywały się przez ekran komputera. Finalnie wszedł nasz projekt sekretarzyka. To był namacalny sukces, ale trwało to bardzo długo. Gdy sekretarzyk pojawił się na rynku, my już byliśmy zdecydowani pójść własnymi ścieżkami i indywidualnie wypowiadać się w designie.

… i założył pan własną pracownię. Nigdy pan nie żałował decyzji o powrocie do Polski i prowadzeniu tu biznesu?

Nigdy nie żałowałem. Udało mi się poukładać sprawy osobiste. Mam żonę, dziecko i tzw. spokój ducha. To jest dla mnie najważniejsze. Postawa „design-zombi”, człowieka który jest sfokusowany tylko na bycie designerem, do niczego nie prowadzi. W Polsce mamy wielu producentów, nie ma ich na taką skalę np. w Londynie. Dodatkowo dostęp do najnowszych technologii jest de facto taki sam, a może i większy.

W Polsce bez problemu znajdę prawie każdego wykonawcę i to w odległości do 200 km od Warszawy – miejsca, w którym prowadzę studio. Te firmy są w stanie dać mi taką technologię, jakiej w danej chwili potrzebuję i wykonać mebel na światowym poziomie. Dzięki temu uczę się pod względem technologii naprawdę wiele. Nie jest to absolutnie wiedza książkowa, bo mogę obserwować cały proces. To niezwykle istotne i tak naprawdę rzutuje na moją pracę. Dla mnie bowiem nowe projekty to wyjście od technologii.

Polska przez te kilka lat niesamowicie się rozwinęła. Miasta nabrały charakteru, sami mieszkańcy się zmienili. Pojawił się świadomy konsument, który wie, czego oczekuje. To system naczyń połączonych. Na początku oczywiście nie było łatwo. Był czas, że chciało się więcej. Jednak niczego nie żałuję. Nawiązałem dobre kontakty z firmami. I tak naprawdę razem sobie pomogliśmy - więc był to układ fair.

Wspomina pan, że nie było łatwo, choć udało się panu dość szybko wdrożyć projekty. Owocna okazała się współpraca np. z marką Comforty…

Tak, z firmą Comforty zrobiłem parę projektów kontraktowych. Od kilku lat współpracuje też z marką NOTI, dla której zaprojektowałem krzesła Prizm i Nordic. Obecnie współpracuję z MDD, dla której przygotowuje meble na targi Orgatec w Kolonii, a sama firma otwiera się na nowe kierunki.

Moje meble dla Comforty miały być uniwersalne, czyli zarazem kontraktowe i domowe. Były tak projektowane, aby miały różne wersje. I tak np. fotel Oyster jest w wersji tapicerowanej z kołderką, ale na nodze aluminiowej. Może też być wersja z poduszką na metalowej nodze rurkowej, która ma zupełnie inny charakter. Te wersje zmieniają ten fotel na tyle, że może pasować raz do przestrzeni publicznej, a innym razem do mieszkania – w zależności od potrzeb.

To była strategiczna decyzja marki, bowiem firma była znana z mebli domowych i działania w kontrakcie były ograniczone. Tak samo jak system Anvil - uniwersalne rozwiązanie do przechowywania i organizacji przestrzeni. System stolików i regałów w przyszłości uzupełnionych o funkcjonalne szuflady, wręcz stworzony do biura, bo modułowy, składa się na płasko, można go złożyć w dowolne konfiguracje. Odpowiada na potrzeby współczesnego biura. System jest oparty na sześciokącie, co jest ciekawe też w przestrzeni domowej. Często jest tak, że niestety w meblach biurowych spotykamy się z okrojeniem kształtów.

Prostota w źle rozumianym znaczeniu?

Tak, bo jak pojawiają się półki, to je robimy zazwyczaj z prostokątnego przekroju. Natomiast ja szukam w tych projektach wyrafinowania. Przywiązujemy zazwyczaj większą wagę do wyboru mebli do domu niż biura. Chciałbym to zmienić. Przecież w biurze spędzamy wiele godzin, więc dobrze byłoby, gdybyśmy byli otoczeni dobrze zaprojektowanymi przedmiotami, a nieprzypadkowym zestawem mebli. Niech to wyrafinowanie trafi też do naszych biur.

A jak układa się panu współpraca na linii projektant-producent? Czy polscy producenci mają świadomość, że warto współpracować z designerami?

Mam naprawdę wielkie możliwości do robienia dobrych projektów. To nie jest współpraca oparta tylko na kompromisach. Jest obopólna otwartość i relacje partnerskie.

Sześć lat temu, kiedy założyłem pracownię, producenci wiedzieli, że warto współpracować z projektantami, choć była to dość „mglista” wiedza. Obecnie producenci mają pełnią świadomość tego, że warto współpracować z projektantem i jest to tożsame z decyzją, że robimy swoje wzory. A więc nie próbują już podglądać i sami projektować. Widzę u nich wyraźną świadomość potrzeby specjalistów i chęć budowania własnej marki. Ale jednak dużo się mówi o tym, że polskie firmy meblowe nie budują brandu, są zazwyczaj podwykonawcami dla dużych marek zagranicznych.

Polscy producenci sprzedają na świecie – to się naprawdę rozwinęło. Polskie firmy przestały mieć kompleksy, bo mamy technologię i odwagę, żeby jej używać. Już teraz pokazują się na największych targach w Europie. I nie widać różnic w produktach, bo są na światowym poziomie.

Czyli wszystko jest na dobrej drodze?

Spodziewam się, że za kilka lat polskie marki będą jeszcze bardziej widoczne w świecie. Producenci mają w tej chwili już wszystko - technologię, specjalistów i projektantów. Mają pole do popisu. Oczywiście nie jest tak do końca różowo… Nie wszyscy mają odwagę tworzenia własnej marki, czegoś na przyszłość. Mówi się od dawna o tym, że jeśli biznes producencki przesunie się dalej, na Wschód, ze względu na koszty pracy, trzeba będzie te moce produkcyjne zagospodarować – jedną z tych dróg może być budowanie własnego brandu. I sądzę, że coraz więcej będzie polskich firm, które będą chciały zaistnieć z własną marką.

Wybiegając w przyszłość... Czy są marki, z którymi chciałaby pan pracować?

Pewne marki obserwuję i widzę, że mają ogromny potencjał. Oglądam ich portfolio, czasem patrzę krytycznym okiem, choć w głębi serca im kibicuję. Skupiam się na bieżących relacjach z firmami, z którymi współpracuję. Raczej funkcjonuje to tak, że sami producenci wyszukują w moich projektach, to co im się podoba, wpisuje się w filozofię ich marki i to co dla nich ma potencjał.

Współpraca z producentami to zbieg okoliczności. Projektant nie ma nawet w 50 proc. na to wpływu. To nie jest pukanie do drzwi. Raczej to firma przychodzi, bo widzi coś interesującego, potencjał i korzyść z tej współpracy. Oczywiście oni muszą znać projektanta, muszą mieć przekonanie, że widzą coś dobrego w jego projektach.

Spotkałam się z tym, że niektórzy architekci pukają do drzwi inwestora z propozycją współpracy. Designerzy tak nie robią?

To też jest pewna droga. Jeśli ma się projekt, który idealnie pasuje do tej marki, to warto to pokazać i trzeba tak robić. Jednak z moich doświadczeń wynika, że to nie działa. Nie ma zwrotu z takich inwestycji. Może ta strategia działa u architektów. Trzeba skupić się na tym, co się robi teraz. Dzisiejsza współpraca najlepiej zaprocentuje w przyszłości. Dzięki dobrym projektom przyjdą do nas klienci i producenci.