REKLAMA
PARTNER PORTALU partner portalu
×

Szukaj w serwisie

Maciej Łobos: Największym problemem polityki urbanistycznej w Polsce jest prawie całkowity jej brak

  • Autor: PropertyDesign.pl
  • 11 mar 2021 09:00
Maciej Łobos: Największym problemem polityki urbanistycznej w Polsce jest prawie całkowity jej brak
arch. Maciej Łobos, wspólnik i założyciel MWM, Prezes Zarządu, Architekt IARP

Jakość i intensywność międzyludzkich relacji, poczucie bezpieczeństwa, aktywność społeczna – to wszystko w dużym stopniu jest determinowane przez jakość otoczenia w którym na co dzień żyjemy. Konieczne jest powszechne społeczne zrozumienie tego jak ważna jest dla naszego życia jakość otaczającej przestrzeni – przekonuje arch. Maciej Łobos z pracowni MWM Architekci, który w rozmowie z redakcją mówi o największych grzechach polityki urbanistycznej w Polsce, klątwie WZ-tek i drodze ku lepszej jakości przestrzeni publicznych w kraju.

REKLAMA

Jakie są największe problemy obecnej polityki urbanistycznej w polskich miastach?

Maciej Łobos: Największym problemem jest prawie całkowity jej brak. Robi się jakieś nerwowe ruchy, uchwala jakieś częściowe plany w miarę bieżącego zapotrzebowania, ale de facto brak jest strategicznego myślenia i o miastach, i o kraju jako całości. Żeby było jasne, to nie dotyczy tylko urbanistyki. Taki sam chaos i bieżączka panują w służbie zdrowia, edukacji, komunikacji, wojsku czy polityce zagranicznej. Nie zadajemy pytań o cele i nie planujemy ich realizacji.

W Polsce panuje absurdalne przekonanie, że planowanie jest przeszkodą w prowadzeniu inwestycji czy w ogóle w rządzeniu miastami i krajem. U nas wszystko robi się w panice i na ostatnią chwilę, czyli drogo i zazwyczaj źle. Tymczasem trzeba mieć świadomość, że każda rzecz z jaką się na co dzień spotykamy została przez kogoś zaprojektowana – łóżko, radio, telefon, klamka, kosz na śmieci, samochód itp. Nawet własny ogródek staramy się świadomie zaprojektować – wytyczamy alejki tam, gdzie są potrzebne, sadzimy rośliny, które w danym nasłonecznieniu i na konkretnej glebie mają szansę wyrosnąć. Podobnie robimy z wnętrzami naszych mieszkań i domów.

Dziwnym trafem ta analogia jakoś nie może się przebić w przypadku projektowania miast czy planowania rozwoju całego kraju. Pokutuje przeświadczenie, że wszystko się jakoś samo zrobi. To po części wynik zmian jakie nam w zbiorowej świadomości poczyniła komuna, ze swoją pogardą do pracy umysłowej, a później zachłyśnięcie się wolnym (w domyśle, pozbawionym jakichkolwiek ograniczeń) rynkiem, bez świadomości tego, że istnieje coś takiego jak dobro wspólne.

Patologicznym tworem stały się też decyzje o warunkach zabudowy, czyli nieszczęsne WZ-tki. Rząd Leszka Milera w roku 1995 unieważnił wszystkie Plany Miejscowe, a że przyroda pustki nie znosi, trzeba było wprowadzić w zamian jakieś tymczasowe rozwiązanie, które pozwoli na prowadzenie inwestycji. Jak to z prowizorkami bywa, ta okazała się wyjątkowo trwała. Jak to mi kiedyś powiedział jeden z urzędników – WZ-tki w Polsce nie znikną nigdy, bo połowa polskich architektów żyje z ich przygotowywania.

Czy jakieś miasta w Polsce wypadają lepiej na tle innych?

MŁ: To nie jest wyłącznie kwestia samego procentowego pokrycia miasta planami. Są miasta, gdzie ten wskaźnik jest bardzo wysoki, np. Gdańsk czy Wrocław i takie gdzie jest bardzo niski, np. Rzeszów. Oczywiście samo funkcjonowanie planów to już duży plus, ale chodzi też o ich jakość. Plany miejscowe, które są de facto aktami prawa miejscowego, w oparciu, o które prowadzi się później inwestycje, są przygotowane bardzo często przez ludzi nie mających bladego pojęcia o tym co robią.

Kariera urbanisty powinna być, podobnie jak kariera sędziego, ukoronowaniem pewnej zawodowej ścieżki, a tymczasem zabierają się za to bardzo często ludzie, którzy nigdy w życiu niczego nie zaprojektowali i z tego powodu nie potrafią przewidywać skutków własnych działań. Planowanie przestrzenne w Polsce przypomina jakieś kolorowanki dla przedszkolaków i najwyższy czas wreszcie powiedzieć, że król jest nagi. System jest zły, nie działa i nie ma najmniejszych szans, żeby zadziałał. Trzeba go całkowicie zmienić.

Jak to się stało, że w Polsce wciąż mamy tak wiele miejsc, dla których brak jest planów zagospodarowania przestrzennego?

MŁ: Problemem jest prawie całkowity braku świadomości społecznej tego, jak przemożny wpływ wywiera przestrzeń na nasze życie. Dotarło już do nas, że trzeba chronić przyrodę, bo czyste powietrze, woda i zieleń „to je dobre…”. Tak samo jest z przestrzenią miejską – tą, którą sami tworzymy. Jakość i intensywność międzyludzkich relacji, poczucie bezpieczeństwa, aktywność społeczna – to wszystko w dużym stopniu jest determinowane przez jakość otoczenia, w którym na co dzień żyjemy.

Podobnie jest z budynkami – architektura uderza w nas, jak tylko przekroczymy próg domu i nie da się jej w żaden sposób ignorować. Pracodawcy prywatni to doskonale wiedzą i dlatego też tak dużo bardzo dobrych projektów wnętrz i miejsc pracy. Niestety w obszarze publicznym jest tragicznie. Ostatnio miałem okazję przez chwilę być w szpitalu i mocno się zastanawiam jak w takich warunkach w ogóle ktokolwiek może wrócić do zdrowia. Podobnie jest z naszymi szkołami i przestrzenią naszych miast.

Trzeba też mieć świadomość, że uchwalenie planu miejscowego trwa i kosztuje. Gmina uchwalając plan bierze na siebie poważne zobowiązania finansowe, wiążące się z wykopem gruntu i jego uzbrojeniem. Tymczasem władza centralna zrzuca na gminy coraz większe obowiązki, ale pieniędzy na to już nie daje. Dotyka to szczególnie mocno gmin mniejszych, które mają bardzo małe i trzeszczące w szwach budżety, w których na planowanie przestrzenne najzwyczajniej nie ma już środków. To głownie wina fatalnego, skrajnie scentralizowanego systemu podatkowego.

Polska to już teraz kraj papierologii. Jak polepszyć jakość polskich miast bez jednoczesnego wpadnięcia w pułapkę jeszcze większej biurokracji?

MŁ: Uważam, że pierwsza rzecz to konieczność wprowadzania prawnego pojęcia „masterplanu”. To taka zaawansowana urbanistyczno-architektoniczna koncepcja, która pozwala patrzeć na miasto w trzech wymiarach, analizować wpływ na klimat, kontekst kulturowy, zachowania ludzi, transport itp., itd. To powinna być podstawa do dalszych dyskusji i poprawek. Dopiero uzgodniony i przeanalizowany masterplan, powinien stać się fundamentem lokalnego prawa, jakim jest Plan Miejscowy. Bardzo istotne jest również to, że masterplan jest czymś, co łatwo jest zrozumieć mieszkańcom i dzięki temu jest możliwa realna społeczna debata.

Taki masterplan tworzą przede wszystkim architekci, a planiści i konsultanci od infrastruktury, klimatu, przyrody czy ochrony zabytków pełnią niezwykle ważną, ale jednak doradczą rolę. To jak z sytuacją na planie filmowym – reżyser decyduje, chociaż bez całej grupy specjalistów z wielu różnych dziedzin, sam filmu nie zrobi. Kwestia wyłaniania autorów planu ma tu znaczenia drugorzędne, chociaż w najważniejszych lokalizacjach podstawą planowania powinny być obowiązkowe konkursy.

Trzeba też zasadniczo zmienić zakres Planów Miejscowych, bo i to jest kolejny problem – są one zbyt szczegółowe i z tego powodu ich opracowanie również mocno się wydłuża. Należałoby wrócić od pojęcia Planu Ogólnego, takiego, który w ogólnym zarysie określa politykę przestrzenną miasta. W wyjątkowych sytuacjach, np. dla ścisłych, historycznych centrów można by opracowywać plany szczegółowe. Brakuje też oficjalnej możliwości prowadzenia z miastem negocjacji i wpływania na kształt planu. Wszystko znowu zależy od układów i dobrej woli urzędników. Zdarzyło nam się pracować z bardzo świadomymi urbanistami i oni byli bardzo zadowoleni, że ktoś przychodzi z poważną koncepcją, o której można dyskutować. To niestety nieliczne przypadki.

Poprawa jakości polskich miast, od masterplanu po stopniowo realizowane rewitalizacje i inwestycje to proces długi i żmudny, raczej nie do zrealizowania w ciągu 5 czy nawet 10 lat… Kopenhadze zajęło 40 lat żeby stać się miastem zorientowanym na pieszych… Czy w Polsce możemy mieć nadzieję na tak dalekobieżne plany?

MŁ: Zawsze jest moment, żeby zawrócić ze złej drogi. Jak mówią Japończycy – nie da się wskoczyć na górę Fuji, ale można na nią wejść małymi kroczkami.

A co Pan sądzi o dużych inwestycjach mixed-use, które są ostatnio bardzo popularne? Deweloperzy chwalą się miastotwórczymi projektami – czy można w nich dopatrywać się szansy na polepszenie się jakości przestrzeni miejskich?

MŁ: To zdecydowanie dobry kierunek. Trzeba się wyleczyć z modernistycznego strefowania miast i zrozumieć, że normalne miasto jest dynamiczną układanką przeróżnych funkcji i interesów. Funkcje mieszkalne, przeplatają się z miejscami pracy, rozrywki, sportu, kultu itp. Taka przestrzeń jest dla nas czymś naturalnym.

To też zdecydowanie rozwiązanie bardzo ekonomiczne, bo jeśli w odległości kilkunastu minut piechotą od domu mamy możliwość zaspokoić 90% naszych potrzeb, to spada potrzeba podróżowania po całym mieście, ludzie lepiej się poznają, co poprawia relacje społeczne i podnosi poczucie bezpieczeństwa. Dzieci się lepiej rozwijają, łatwo zauważyć kogoś obcego itd. To też zdecydowanie mniejsze koszty infrastruktury, oszczędność czasu i… ochrona dla środowiska, bo zużywamy mniej energii na przejazdy i stanie w korkach.

W ostatniej rozmowie z Property Design mówił Pan, że potrzebna jest kontr-rewolucja i zmiany na poziomie krajowym. Co mogłoby być impulsem do takiej rewolucji? Czy architekci mają szansę stać się jej siłą napędową?

MŁ: Konieczne jest powszechne społeczne zrozumienie tego jak ważna jest dla naszego życia jakość otaczającej przestrzeni. Dlatego sądzę, że impulsem do takiej kontrrewolucji mogą być jedynie oddolne ruchy społeczne. Ludzie, którzy odczuli te problemy na własnej skórze i widzą co złego dzieje się w ich najbliższym sąsiedztwie zaczynają coraz głośniej protestować i naciskać na polityków. Architekci w tym wszystkim powinni pełnić raczej rolę doradczą, bo nie chodzi tylko o to, żeby wskazywać co jest zrobione źle, ale tez pokazać, co zrobić, żeby było dobrze.

Poza tym architektom też trzeba patrzeć na ręce, bo przecież modernistyczne utopie, które walnie przyczyniły się do obecnego kryzysu urbanistyki, to w dużej mierze właśnie ich dzieło. Nikt nie jest nieomylny, a miasto to żywy twór, który nieustannie się zmienia. Aby mądrze je rozwijać potrzeba aktywnego udziału wielu, bardzo różnych środowisk. To co dzieje się w wielu mądrze zarządzanych miastach na świecie pokazuje, że jest to możliwe.

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiała Anna Sołomiewicz

Podobał się artykuł? Podziel się!


Rekomendowane dla Ciebie